Słowa znaczą wiele

         6 stycznia 2021 roku w amerykańskiej stolicy doszło do dramatycznych zdarzeń nie mających precedensu. Rozwścieczony, niezadowolony z porażki wyborczej swego kandydata tłum protestantów dokonał szturmu na serce amerykańskiej demokracji – Kapitol. Przez decydentów politycznych i środki masowego przekazu z prawa i lewa zdarzenie to zostało określone mianem „insurekcji”, czyli powstania. Dramaturgii tej całej historii dodaje fakt, że śmierć poniosło tam 5 osób, a za głównego prowodyra uznano żegnającego się z Białym Domem Donalda Trumpa. I to właśnie te dwa aspekty – podżeganie do marszu na Kapitol jako bezpośrednia przyczyna oraz ofiary w ludziach jako skutek tych działań – powodują, że klasa polityczna, a w zasadzie cały naród, nie mogą przejść nad tą okolicznością do porządku dziennego.

         Przemoc polityczna w USA nie jest zjawiskiem nowym. Czterech prezydentów zamordowanych w czasie pełnienia urzędu świadczy o silnej polaryzacji tego narodu, gdzie emocjonalne i polityczne zacietrzewienie dwóch zantagonizowanych elektoratów – demokratycznego i republikańskiego – brało często górę nad zdrowym rozsądkiem i prowadziło do tragicznych konsekwencji.

         Ameryka jest rozdarta na pół. Elektorat stanów „Niebieskich” kojarzony z Demokratami to synonim społeczeństwa otwartego, z jego tolerancją dla wszelkiego rodzaju mniejszości etnicznych, rasowych czy seksualnych oraz wiarą w kluczową rolę państwa w budowaniu dobrobytu obywateli. Zwolennicy Republikanów w stanach „Czerwonych” to z kolei minimum państwa i obawy przed wyimaginowanym czy nawet realnym „obcym”. To dwie różne wizje porządku społecznego, które posiłkują się swoistym, nie do końca czytelnym dla drugiej strony językiem. I to właśnie ten język, przy znacznym współudziale mediów tradycyjnych i elektronicznych, potęguje wzajemną nienawiść. Są to dwie odmienne narracje różnicowane bardziej według kryteriów tożsamościowych i ideowych aniżeli ekonomicznych. Istne eldorado dla wszelkiej maści szarlatanów politycznych, którzy w instrumentalny, często dla własnych korzyści osobistych, używają języka pogardy, wykluczenia i strachu.

         W tym przypadku pojawił się jednak nowy element, jako że to wciąż urzędująca głowa najpotężniejszego państwa na świecie nakłaniała do przemocy politycznej w celu zakwestionowania rezultatów rzekomo sfałszowanych wyborów. Innymi słowy, najwyższy przedstawiciel egzekutywy, którego poparło 74 milionów Amerykanów (wobec 81 milionów Bidena), wykorzystał swój urząd i związane z nim przywileje do podważenia prawomocności decydującej o ważności procesu wyborczego legislatury. Choć nie miało to charakteru formalnego, to jednak w pewnym stopniu działania Donalda Trumpa miały charakter „zinstytucjonalizowany” – bo poparty całym autorytetem i powagą prezydenckiego urzędu.

         I tu leży clou problemu. W amerykański system polityczny, podobnie jak we wszystkich demokracjach liberalnych, wbudowany jest mechanizm gwarantujący zachowanie równowagi politycznej („checks and balances”). O uczciwości państwa świadczą patrzące sobie wzajemnie na ręce instytucje, które nie mogą wykraczać poza ściśle zdefiniowany zakres uprawnień. Tyle w teorii. Uświęcone tradycją procedury są bowiem zawsze wtórne w stosunku do „czynnika ludzkiego” rozumianego jako podatność na błędy w zaskakujących politycznie warunkach. Żadne plany awaryjne czy rozpisane krok po kroku działania właściwych organów nie są w stanie przewidzieć i odpowiednio zareagować na werbalne wezwanie przedstawiciela władzy wykonawczej do podważenia werdyktu legalnie wybranego ciała ustawodawczego. Zręczny manipulator dobrze czytający emocje tłumu oraz cały ciąg „spontanicznych” reakcji obywateli mających przekonanie, że zostali oszukani, wymykają się racjonalnym, systemowym regulacjom.

         No właśnie, czy aby na pewno jedynie „spontanicznych”? Rewolucyjne reakcje tłumu są zawsze pochodną współwystępowania kumulowanego przez lata gniewu oraz populisty potrafiącego ten gniew skanalizować. W tym konkretnym przypadku populistą jest polityk o niebotycznym ego, który gardzi  całym krepującym go procesem demokratycznym. Jego nieskrywane uwielbienie autorytarnych dyktatorów pokroju Kim Dzong Una „zmaterializowało się” tego feralnego 6. stycznia, gdy podburzony, zbuntowany lud, zgodnie z jego wolą, przemówił. Prawda jest jednak taka, że to nie cały lud czy choćby jego część, lecz garstka zadymiarzy wierzących w teorie spiskowe postanowiła utrzeć nosa waszyngtońskiemu establishmentowi. Nawet sami Republikanie nie mają wątpliwości co do kryminalnego, nie mającego odzwierciedlenia w szerokim społeczeństwie, charakteru tejże rewolty. A zatem żadnej tam insurekcji czy powstania narodowego nie było, a miała miejsce  zwyczajna burda. Garstka radykałów wykorzystując wspomniany powyżej czynnik ludzki wykorzystała lukę w systemie bezpieczeństwa. Nie w systemie demokracji amerykańskiej – ten sobie z pewnością doskonale poradzi – lecz w niemożności przewidzenia poczynań głowy państwa. A ściślej mówiąc, jego podsycającego animozje społeczne języka.

         Tak, słowa znaczą wiele. Komenda „Chodźmy na Kapitol” już zawsze będzie odbijać się czkawką b. prezydentowi Trumpowi. Z pewnością, po tym jak została po raz drugi uruchomiona przeciwko niemu procedura impeachmentu, ma on teraz świadomość, że za werbalne sianie nienawiści spotka go surowa kara. Wolność wyrażania opinii nie jest nieograniczona nawet w Stanach Zjednoczonych. Tak jak odwoływanie się w życiu społecznym do wynaturzeń systemów totalitarnych jest penalizowane w wielu krajach, tak nawoływanie do łamania prawa jest pogwałceniem umowy społecznej. Trump nie jest tu żadnym wyjątkiem. Co więcej, jako że przykład często płynie z góry, przyzwoitość i poszanowanie zasad dyskursu to obowiązki liderów wolnego świata. To bowiem właśnie język używany w przestrzeni publicznej determinuje stosunki na linii obywatel-władza oraz obywatel-obywatel. A całe to nieszczęśliwe zdarzenie dowodzi, że amerykański przywódca zasad odpowiedzialnego języka, języka który łączy a nie dzieli, nigdy nie traktował poważnie.


autor: Wiktoria Kępczyńska